Nasza pasza powszednia

"Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj...", tyle tylko, że ten chleb jest dla nas coraz mniej zjadliwy. Ile jest cukru w cukrze? Mięsa w kiełbasie? Prawdziwego soku w soku? Pamiętacie smak i trwałość kiełbasy sprzed 20 lat, albo szynki? Gdybyśmy wiedzieli, co jemy...
Mamy nową aferę, tym razem związaną z solą. Przedsiębiorczy rodzimi biznesmeni wpadli na pomysł, żeby sól przeznaczoną do posypywania zimowych dróg, sprzedawać jako sól spożywczą. Pomysł genialny w swej prostocie, bo który z naszych producentów żywności, będzie sprawdzał jakość i pochodzenie soli? Ważne, że kupili ten niezbędny do wszelkiej produkcji żywności środek trochę taniej, a nie skąd on pochodzi i co w sobie zawiera.
Ta najświeższa afera obnaża ignorancję i arogancję producentów, którzy widocznie w ogóle nie sprawdzają źródeł pochodzenia produktów, z których produkują żywność dla ludzi. Priorytetem jest żeby produkować dużo i tanio, aby zarobić jak najwięcej, bo klient i tak kupi. Dlatego mamy w markecie mięso, które po upieczeniu traci ponad połowę swojej masy; kiełbasę, która ocieka wodą, pseudo szynkę nabitą jakąś galaretowatą substancją oraz wędzony boczek wyglądający jakby z mamuta, bo ma kilkanaście centymetrów grubości. Widział ktoś świeży surowy boczek takiej grubości? Ja nie widziałam i wiem, że prawdziwy boczek ma co najwyżej parę centymetrów, a po obróbce jeszcze go ubywa. W sklepie wybór ogromny, szynek co niemiara, a przecież szynka, to szynka, czyli zad od wieprzka i zawsze powinien wyglądać i smakować tak samo. A my mamy jeszcze takie cuda, jak różne polędwice z drobiu (chyba wielkości strusia), szynki z indyka i parówki z cieląt, które z cielęciną łączą tylko przyprawy.
JEDZMY NA ZDROWIE?
Widzę w sklepie mamę kupującą paróweczki i chudziutką szyneczkę z drobiu dla dziecka, która wybiera zdawałoby się najlepsze kąski dla pociechy. Potem kupuje trochę sera żółtego z promocji, który okazuje się być wyrobem seropodobnym, dalej bierze soczki, serki homogenizowane i jogurciki. Jeszcze ogóreczek, dwa pomidorki i rzodkiewki (jest luty!). Niech dziecko je, niech rośnie i dobrze się rozwija, na zdrowie. Codzienna porcja chemii dostarczona. Tylko nie wie, dlaczego dziecko tak często choruje, jest nerwowe, ma kłopoty z wypróżnianiem, próchnicę mleczaków. Zresztą starsi ludzie zachowują się podobnie i "zdrowo" żywią się drobiem, który jest faszerowany antybiotykami i hormonami, a potem skarżą się na niestrawność i inne dolegliwości. Chlebek też tylko zdrowy, czyli razowy, który w rzeczywistości został zaciemniony karmelem. Krótko mówiąc: jemy paszę dla ludzi, która z prawdziwym jedzeniem ma coraz mniej wspólnego. Nawet konserwy dla zwierząt mają większą zawartość mięsa i mniej chemii, niż te produkowane dla ludzi. Soki produkowane z koncentratów, nektary i napoje, które wyparły nasze tradycyjne kompoty, również fundują nam związki chemiczne, z którymi musi walczyć nasz organizm. Wszystko to ładnie opakowane i zachęca nas swoimi witaminami i błonnikiem, samo zdrowie, nic tylko pić i żyć aż do śmierci.
LASOWANIE MÓZGÓW
Przez lata wpierano nam, że masło jest be. Wmawiano nam, że tylko margaryny zapewnią nam zdrowie i długowieczną sprawność, bo masło to pewna skleroza, miażdżyca w końcu udar. Potem nauczono nas smażyć wszystko na oleju, bo smalec ma złe kwasy tłuszczowe, zaś mleko tylko UHT z kartonu, bo jest wolne od bakterii. Okresami wmawiano nam, że niebezpieczne jest mięso wołowe, albo wieprzowe, zdrowy tylko drób, a najlepsze są ryby. Nikt nie mówił, że te ryby są hodowane jak tuczniki i ładuje się w nie hormony żeby szybciej rosły. To wszystko przewinęło się przez nasze stoły i układy trawienne. Uzależniono nasze smaki od glutaminianu sodu, który jest dodawany do wszystkich przypraw i dań, do tego stopnia, że bez niego potrawa nie smakuje. Obecnie panuje trend na potrawy bez glutaminianu i producenci, którzy karmili nas tym świństwem przez lata, na opakowaniach wielkimi literami piszą, że produkt jest bez tego związku chemicznego. Co dali w zamian?
ZABIJA NAS WYGODA
Wokół siebie widzę dzieci, nastolatki, młodzież, których wiek często nie sposób określić. Dziewczyna wysoka, dobrze rozwinięta fizycznie i wyglądająca na licealistę, okazuje się być 13-latką. Chłopcy, którym wąs sypie się za wcześnie, zbyt wcześnie łysiejący młodzieńcy, masa dzieci i młodzieży z nadwagą. Chrupią chipsy i popijają napojami energetycznymi, albo przesłodzonymi sokami. Wszyscy jacyś więksi, ciężsi, wyżsi i bardziej rozwinięci, niż poprzednie pokolenia. To jest właśnie wpływ chemicznej żywności. Reklamy zakorzeniły w nas lenistwo, bo łatwiej jest wsypać gotowy suchy produkt do miski, dodać szklankę oleju, dwa jajka, zamieszać, wstawić do piekarnika i można być dumnym z niby domowego ciasta. Ten wypiek ma tle wspólnego z domowym ciastem, co złoto z tombakiem. Właśnie wygoda jest cichym zabójcą naszej dobrej kuchni i zdrowego jedzenia. Swojska prawdziwa kiełbasa z mięsa, mielonka ze słoika, upieczony pasztet, własny kompot, sok czy powidła, własnoręcznie kiszona kapusta i ogórki. Zakupy tylko w małym zakładzie masarskim, a nie w markecie - to jedyny sposób normalnego żywienia w dzisiejszych czasach. Łatwiej jest jechać do marketu i kupić gotowe produkty, ale zdrowia i smaku tam nie dostaniemy. Wszelkie przepisy na swojskie wyroby i przetwory znajdziemy we własnych domach: u matki, babki czy starszej sąsiadki. Zresztą sieć pęka od prostych i sprawdzonych receptur. Powrót do czasów, które były nie tak dawno. I jeszcze taka jedna dygresja, iż nadeszły czasy, że może wreszcie docenimy nasze dawne proste dobre jedzenie, które pachniało i smakowało prawdziwie, a nie chemicznymi aromatami i poprawiaczami smaku. I nie będziemy trząść się ze strachu, że jedliśmy sól do posypywania ulic. Ta sól, to akurat pikuś, przy wszystkich "wkładkach" i dodatkach, jakie przez lata zaserwowali nam producenci żywności.

Autor – P.Pokorna, Interia 360

Komentarze są wyłączone